Większość z nas zaczęła uczyć się języka, zapewne angielskiego czy niemieckiego, już we wczesnych latach szkolnych, w podstawówce lub w gimnazjum, kiedy to język obcy został wprowadzony do programu nauczania jako pozycja obowiązkowa. Podejrzewam jednak, że duża część z tych osób, pomimo nawet kilkunastu lat nauki, nie jest zadowolona ze swojego poziomu znajomości tego języka. Widzę to choćby po ludziach, z którymi rozmawiam, których spotykam na wieczorkach językowych, czy też po dużym zainteresowaniu spotkaniami tandemowymi, które obserwuję w facebookowych grupach. Wyobrażam sobie, że postrzegając siebie jako osobę, która pomimo wielu lat nauki nie zdołała opanować jednego, najbardziej powszechnego i wszechobecnego, języka, trudno jest podjąć się nauki kolejnych, może mniej popularnych czy trudniejszych niż, powiedzmy, angielski. Trzeba wprost przyznać, że wizja poświęcenia kilkunastu lat swojego życia dla marnego efektu nie brzmi zbyt zachęcająco.

W dzisiejszym poście zapraszam cię do zapoznania się z moją opinią na temat tego, dlaczego w procesie edukacji szkolnej większość osób nie jest w stanie opanować języka obcego do satysfakcjonującego poziomu. Myślę, że uświadomienie sobie przyczyn tego stanu rzeczy, może skutecznie pomóc pozbyć się niechęci przed podejmowaniem nowych wyzwań językowych.

Obowiązek – nie najlepsza motywacja

Mając dobrą motywację jesteśmy w stanie osiągnąć naprawdę wiele. O tym, dlaczego jest to, moim zdaniem, kluczowy czynnik pozwalający wytrwać w swoich postanowieniach przeczytasz tutaj. Motywacje mogą być zewnętrzne, czyli narzucone przez sytuację życiową, w której się znajdujemy oraz pełnione role społeczne, oraz wewnętrzne, a więc dotyczące naszych osobistych pragnień, dążeń i marzeń. Uważam, że to właśnie te drugie pozwalają uchronić się przed tak zwanym „słomianym zapałem”, zwłaszcza gdy podejmujemy się zadań długotrwałych oraz wymagających od nas szczególnej regularności.

W szkole jesteśmy poniekąd zmuszeni do nauki języka, nie jest to przedmiot opcjonalny, lecz obowiązkowy dla każdego ucznia w określonym wymiarze godzin. Podobnie jest na studiach. Tam również, aby uzyskać dyplom uczelni wyższej, musimy wykazać się znajomością jednego języka obcego na odpowiednim poziomie. A zatem chcąc nie chcąc, nawet ci, którzy lubią nazywać siebie „językowym beztalenciem” 😉 (choć osobiście uważam, że takie osoby nie istnieją), muszą uczyć się angielskiego, niemieckiego czy innego języka. Z tego co mi wiadomo, na chwilę obecną nie da się w Polsce przed tym uciec.

Jeśli obowiązek czy pewnego rodzaju przymus występuje samodzielnie, bez pomocy motywacji z wewnątrz, to niemalże pewne jest, że w momencie, gdy sytuacja ulegnie zmianie, obowiązek przestanie być obowiązkiem i zamieni się w dobrowolny wybór, porzucimy to co do tej pory robiliśmy zaprzepaszczając lata spędzone na nauce. Brzmi to nieco brutalnie, ale wydaje mi się, że taka właśnie jest prawda. Gdy nie odświeżamy, nie powtarzamy, nie używamy języka obcego, nasz mózg uznaje te informacje za już nieprzydatne, przenosi je do mniej używanych zakątków naszego umysłu robiąc miejsce dla informacji bardziej użytecznych w danym momencie naszego życia. Czysty utylitaryzm.

Metody, metody, metody…

Muszę przyznać, że nie mam pojęcia, jak obecnie wygląda nauczanie języka obcego w szkołach, w każdym razie za moich czasów zajęcia były zazwyczaj dosyć nudne i monotonne. Słówek trzeba było uczyć się na pamięć, zwykle z listy, bo nauczyciel nie proponował żadnej innej metody. Lekcje polegały w głównej mierze na czytaniu tekstów i zdań z podręcznika. Zdecydowanie zbyt mało czasu poświęcano umiejętności, którą rozwija się najdłużej podczas nauki chyba każdego języka, a jest – paradoksalnie – najbardziej przydatna już przy stosowaniu języka w realnych sytuacjach. Chodzi mianowicie o mówienie. Na forum klasy mówił ten, kto zgłosił się pierwszy lub, w razie braku chętnych, ten kto został wywołany przez nauczyciela. Dla introwertyków, takich jak ja, za każdym razem była to bardzo niekomfortowa i stresująca sytuacja, stąd też w szkole miałam niewiele okazji, aby faktycznie trenować mówienie w języku obcym. Zdarzały się co prawda ćwiczenia konserwacyjne w parach, jednak moim zdaniem powinny one stanowić kluczową część lekcji, zamiast pojawiać się jedynie „od święta”.

A zatem metody – nieadekwatne, nieskuteczne, nieciekawe – kolejny winowajca naszego językowego niedorozwoju. W moich czasach szkolnych nie mówiło się jeszcze tyle o różnego rodzaju technikach pamięciowych, a dostęp do źródeł internetowych nie był tak łatwy, jak jest dzisiaj, być może więc właśnie te utarte i utrwalone sposoby przekazywania wiedzy wydawały się nauczycielom najlepsze lub jedynie do takich mieli dostęp. Faktem jednak jest, że niektóre z nich mogły zniechęcić ucznia do nauki języka na długie lata pozostawiając w nim wspomnienie mozolnego wkuwania słówek i niekończącego się uzupełniania śmiertelnie nudnych ćwiczeń gramatycznych (dla gramatycznych „freaków”, takich jak ja, to było akurat fajne).

Photo by Sharon McCutcheon on Unsplash

Naukowy minimalizm

Wiadomo, że kiedy chodzi się do szkoły, ma się mnóstwo przedmiotów, równie ważnych jak angielski czy niemiecki. Ciężko przypisać któremuś z nich większy priorytet, a inny odpuścić, bo i tak, aby przejść do kolejnej klasy, musimy uzyskać pozytywną ocenę z każdego z nich. Nadmiar napływających informacji, nowego materiału, wiedzy do przyswojenia z różnych dziedzin w tym samym czasie sprawia, że przeciętny nastolatek nie jest w stanie w pełni skoncentrować się i czerpać 100% z nauki języka, gdy ma w perspektywie jeszcze kilka godzin nauki na inne lekcje.

Mniej znaczy więcej – wierzę, że zasada ta sprawdza się również w nauce. Trudno skutecznie uczyć się wielu rzeczy na raz. Zdaję sobie sprawę, że w kontekście edukacji szkolnej brzmi to dosyć absurdalnie, tym bardziej, że kompletnie nie mamy wpływu na ilość materiału, który musimy opanować w latach szkolnych, po prostu trzeba przez to przejść. Warto jednak pamiętać o tej zasadzie będąc dorosłym i mogąc wybierać sposoby, treści, ilość i czas nauki samodzielnie.

W kontekście tematu postu chciałam tym akapitem pokazać, że absolutnie nie powinno się porównywać 5 lat nauki języka obcego w szkole do 5 lat nauki samodzielnej lub na kursie językowym. Oprócz czasu spędzonego nad podręcznikami obcojęzycznymi, niezwykle ważna jest jego jakość – to, w jaki sposób czas ten tak naprawdę spędzamy.

***

Myśląc o nauce języka w szkole do głowy przychodzi mi jeszcze jeden powód, który, zdaje się, ludzie często przywołują w formie wyjaśnienia, dlaczego przez tyle lat nie zdołali opanować języka. Powód, którego celowo nie przywołałam powyżej, ponieważ sprawia, że za ten stan rzeczy obwiniamy innych zamiast zastanowić się, co sami możemy zrobić lepiej. Chodzi o nauczycieli. Zdarzyło ci się mieć beznadziejnego nauczyciela języka w szkole? Jestem pewna, że tak. Uważasz, że to przez niego nie mówisz dziś po angielsku? Być może tak. I być może jest w tym trochę prawdy. Ale takie myślenie jest moim zdaniem bezcelowe i kompletnie niekonstruktywne. Zdecydowanie więcej korzyści wyciągniesz z zastanowienia się, co mogłeś zrobić inaczej w tej sytuacji. Czy mogłeś stworzyć sobie papierowe fiszki do nauki słówek zamiast uczyć się ich na pamięć z listy? Mogłeś. Czy mogłeś umawiać się z kolegą lub koleżanką na konwersacje po angielsku? Mogłeś. Czy mogłeś pisać pamiętnik po angielsku? Mogłeś. Ale może wolałeś wykorzystać ten czas na narzekanie na nauczyciela, który starał się jak mógł. 🙂

A co Ty myślisz o skuteczności nauczania języka obcego w szkole? Może widzisz to zupełnie inaczej niż ja? Lubiłeś/lubiłaś lekcje angielskiego czy niemieckiego w latach szkolnych i byłeś/byłaś w stanie naprawdę z nich skorzystać? Jak myślisz, co można by zmienić, poprawić, aby uczniowie mogli lepiej wykorzystać ten – nomen omen – darmowy kurs językowy? Zapraszam do komentowania i dyskusji.

Trzymajcie się ciepło,

A.

Dlaczego nie nauczyliśmy się języka obcego w szkole?
0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments